Jesteś tym, co jesz - głosi znana maksyma. Tylko czy na pewno wiemy, co tak naprawdę każdego dnia ląduje na naszych talerzach? Dziś Piotr Kiewra, ekspert od zdrowego stylu życia, porusza temat przemysłu spożywczego.
W żadnym z działów zdrowego stylu życia nie ma tylu sprzecznych ze sobą filozofii, poglądów, informacji, reklam, nawet naukowych teorii jak w tematyce odżywiania.
Wiem, że co bym w felietonach dotyczących odżywiania nie powiedział, to będzie to miało zarówno zagorzałych zwolenników jak i przeciwników.
Dlaczego? Z jakiego powodu?
Z powodu pieniędzy.
Tak, właśnie, w tej dziedzinie są wielkie pieniądze, ponieważ wszyscy musimy jeść. Codziennie kupujemy sporo jedzenia. I stąd ta wielka walka o nasze pieniądze. W tej walce mocno zaangażowane jest kilka, nie tylko rolniczych, lobby: mleczarskie, hodowlane, mięsne, produkcji roślinnej, lobby przemysłu przetwórczego, piwiarskie, handlowcy, itd. W wielkiej branży producentów, przetwórców i handlujących żywnością swoje „trzy grosze” dostają również naukowcy oraz media zarabiające na reklamach z żywnością jako „głównym bohaterem”.
Zwiększanie sprzedaży kosztem konsumentów
Producenci żywności, by ją sprzedać, ba, nawet zwiększyć spożycie, pakują tam różne rzeczy. To ma być tak dobre, by ludzie jedli tego zdecydowanie więcej niż wynika to z ich potrzeb żywieniowych.
Powodują to różne dodatki chemiczne poprawiające smak, wypełniacze, konserwanty, zagęstniki, sztuczne witaminy, nawet substancje uzależniające - narkotyki. Ale w żywności znajdują się także hormony, anaboliki, antybiotyki (np. zawiera je mięso z ferm kurczaków).
Dlaczego tak dużo tam chemii?
No, wykaż się! Dlaczego?
Brawo! Tak, z powodu pieniędzy.
Produkcja żywności to dzisiaj wielki przemysł, a każdy producent stara się sprzedać niekoniecznie to, co jest najzdrowsze, ale to co przynosi mu największe zyski.
Dodatki i „chemiczny farsz” jest stosunkowo tani, więc te produkty są zdecydowanie tańsze i łatwiejsze do przechowania niż te naprawdę zdrowe, nieprzetworzone produkty. Często w mięsie jest 30-50% mięsa, a reszta to „dodatkowa” woda oraz spulchniacze, zagęstniki, gumy ksantynowe i tym podobne świństwa (nie obrażając świń, przepraszam, nie miałem takiego zamiaru). Po co? Po to, by cię oszukać - sprzedać ci połowę lub mniej, za całą cenę.
Wiele produktów spożywczych poddawanych jest obróbce, która powoduje, że produkt końcowy nie jest rozpoznawany przez system trawienny, przez komórki ciała człowieka, a w efekcie jest szkodliwy. To wszystko ładnie opakowane, pachnące, świeże (czasem przez kilka lat - nie zastanawia cię to?) tańczy nam przed oczami, kusi wyglądem, zapachem i obietnicą uzyskania zdrowia.
Reklamy są tak skonstruowane, by wpływać na wszystkie zmysły jednocześnie, ale też na podświadomość - ślinka cieknie jak się widzi niektóre rzeczy, mimo, że oglądamy, czujemy smak i zapach za... pośrednictwem telewizora.
Różnice zdań
Dla uważnego telewidza, a przede wszystkim czytelnika prasy, kolorowych magazynów i w szczególności wydawnictw poświęconych tematyce odżywiania da się zauważyć wiele sprzeczności. Wynikają one pewnie z tego, iż różne są interesy producentów żywności i stąd różne opinie naukowców na te same tematy. Na przykład, jeśli dobrze poszukasz (podam ci spis potrzebnej literatury), to znajdziesz uzasadnienie tego, by spożywać dużo mleka. Poparte to jest opiniami naukowców i lekarzy o przydatności mleka i jego przetworów w dbaniu o odpowiednią ilość wapnia w organizmach ludzi. Ale znajdziesz też opinie innych naukowców mówiących wręcz o tym, że mleko zabija, a przynajmniej jest przyczyną wielu problemów zdrowotnych. Podobnie sprawa się ma z rafinowanymi tłuszczami roślinnymi, masłem roślinnym i margaryną. Duża część opinii, szczególnie tego typu jak te ostatnie jest wyciszana, bo... przecież wiesz... pieniądze.
Zdrowe czy niezdrowe? Oto jest pytanie.
W tym kontekście trudno jest nam uwierzyć w opinie jednej albo drugiej strony. Nie jest łatwo na podstawie tego co słyszymy i widzimy stwierdzić, co jest dla nas dobre, a co złe. Wielu ludzi jest tak skołowaconych, że nie słuchają już nikogo i jedzą co popadnie, czyli to, po co najłatwiej sięgnąć w supermarkecie, albo to co najczęściej zachwalają reklamy. Tłumaczą się - biedni - tym, że „i tak na coś trzeba umrzeć”. Takie tłumaczenie to wynik bezsilności i bezradności.
Trudno powiedzieć, czy to jest spisek, ale najlepszym wyjaśnieniem, by zrozumieć o co tu chodzi, znowu są pieniądze.
„Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze” - Janusz Korwin-Mikke.
Walka o pieniądze
Pamiętam - sprzed wielu lat - francuski film „Skrzydełko czy nóżka”, komedię z Luisem de Funes, w którym głównym wątkiem jest walka miedzy zwolennikiem zdrowej żywności, a producentem sztucznej żywności i jednocześnie właścicielem barów szybkiej obsługi. W końcowej części filmu jest fragment, w którym właściciel tej fabryki ma zjeść to, co wytworzył i jakoś nie chce mu to przejść przez przełyk. Nie wiem czy zgadnę, ale sądzę, że raczej niewielu ze współczesnych producentów zajada ze smakiem swoje wytwory. Dlaczego? Bo wiedzą, co tam włożyli. „Skrzydełko czy nóżka” to komedia, ale temat jest bardzo poważny, szczególnie dziś i szczególnie, że dotyczy naszego zdrowia i dotyczy naszej przyszłości.
Jeśli otworzysz lodówkę, pójdziesz do kuchni, łazienki (kosmetyki, środki czystości) i zastanowisz się nad tym, co tam znalazłeś, to dojdziesz do wniosku, że znajdują się tam produkty, które „wpadły ci w oko” z powodu agresywnej reklamy, opinii, które zasłyszałeś w otoczeniu, niskiej ceny, itd. Rzadko podstawowym kryterium przy zakupie był wpływ tych produktów na zdrowie, a więc ich jakość, skład.
Czy to jest spisek?
Są ludzie, którzy widzą w tym wszystkim zmowę między producentami żywności, a producentami leków, że podobno jedni psują, by inni mogli z zyskiem naprawiać. Są też tacy, którzy widzą w tej zmowie również fundusze emerytalne, bo podobno zaczyna brakować środków na wypłaty emerytur, a tego typu „zdrowa żywność” pozwala, na dłuższą metę, zaoszczędzić sporo pieniędzy tymże funduszom. Nie wiem, nie chce mi się wierzyć, że to prawda. Nie jestem zwolennikiem tej spiskowej teorii, ale jest coraz więcej jej wyznawców. Istnienie wyznawców nie jest wcale groźne, dużo groźniejsze byłoby istnienie spiskowców, gdyby to była prawda, oczywiście.
Leczenie czy profilaktyka?
To co można na pewno zarzucić medycynie to miażdżąca przewaga leczenia chorób nad profilaktyką. System kształcenia lekarzy, nastawienie koncernów farmaceutycznych bardziej na leki niż na preparaty zapobiegające utracie zdrowia (widać to w mediach, w których reklamy zarzucają nas „informacjami” o lekach i środkach przeciwbólowych), ukierunkowują lekarzy na wypisywanie recept i prowokują pacjentów do nadużywania leków, zamiast do dbałości o zdrowie, o wzmacnianie systemu odpornościowego organizmu. Leki często stosowane, a szczególnie antybiotyki, osłabiają system odpornościowy organizmu (nie mówiąc o innych skutkach ubocznych), co sprzyja częstszym wizytom u lekarza i koło się zamyka.
Nigdy wcześniej celem odżywiania nie było leczenie chorób, nie była też celem profilaktyka. Jednak dzisiaj w sytuacji, gdy wiele produktów żywnościowych wręcz szkodzi zdrowiu, a pozostałe nie dostarczają wszystkich niezbędnych składników do utrzymania zdrowia, koniecznością staje się poszukiwanie żywności, która nie szkodzi, albo wręcz naprawia zdrowie.
Naprawia poprzez wyrównywanie braków składników odżywczych. Drugim sposobem jest suplementacja, czyli dodatki żywieniowe zawierające witaminy, minerały i pierwiastki śladowe. Można je spotkać w różnej formie, np. w postaci sztucznych suplementów wyprodukowanych w laboratoriach. Na pewno znacznie zdrowsze są jednak naturalne dodatki.
Wielu krytyków obecnego systemu, naukowców, jak i samych lekarzy twierdzi, iż poprzez zmiany w sposobie odżywiania, uzupełnianie diety witaminami, minerałami i pierwiastkami śladowymi, można by zapobiec większości chorób.
W sprawie informowania, dostarczania wiedzy wielką rolę powinni odegrać lekarze, ale wiesz... i znowu powracamy do pieniędzy.
Profilaktyka to oszczędność
Nie jest łatwo oszczędzać, bo sprawa dotyczy zdrowia, a na dodatek większość naszych przekonań ukształtowanych przez fałszywe pseudonaukowe opinie i reklamy skłania do wydawania pieniędzy, nie na to, co służy zdrowiu, ale na to, co służy leczeniu chorób. Okazuje się, że leczenie chorób jest tysiące razy droższe, niż zapobieganie. Gdyby nastawić się na profilaktykę, zyskałyby na tym budżety państwowe i sami pacjenci (czytaj: podatnicy), ale jest ktoś, kto by na tym stracił. A to jest gra o miliardy, o tryliony. I tak dochodzimy do wniosku, iż naszym zdrowiem, naszym sposobem odżywiania, brakiem zdrowego stylu życia, stresami i lękami w naszym życiu rządzą pieniądze. Taka masa pieniędzy powoduje, iż masz często wiele fałszywych informacji: o przyczynach chorób, o zdrowym odżywianiu, o lekach, itd., itp.
Zdziwisz się, ale z powodów o jakich pisałem powyżej, największym problemem jest zdefiniowanie, co to jest zdrowe odżywianie. Pieniądze bardzo przeszkadzają, by ludzie otrzymali jednoznaczną, jasną odpowiedź.
Dlaczego ktoś z tym czegoś nie zrobi?
Może nikt nie chce niczego tutaj zmieniać, przynajmniej jeśli chodzi o władze i popierające je różne lobby, m.in. rolnicze. Dlaczego? Zrozum, w tej sprawie może nie być woli by się coś zmieniło. Podam ci przykład. Na potrzeby przemysłu produkującego alkohol pracuje w Polsce około 60 tys. gospodarstw rolnych, sporo tysięcy rolników pracuje zaspokajając potrzeby palaczy papierosów. W tych dziedzinach, mimo, że nie są to artykuły pierwszej potrzeby i na dodatek ewidentnie szkodliwe, nikt nie stawia sprawy na ostrzu noża, a cóż dopiero... Rozumiesz? Pieniądze.
W takim razie co zrobić?
Jasne, że tak. Sprawa jest stosunkowo prosta, pod warunkiem, że przyjmiemy jedno założenie i uwierzymy, że jest ono prawdziwe. A jest na pewno, ponieważ ludzkość korzystała z tego prawa od początku.
Korzystniejsze dla człowieka jest to, co jest bliższe natury.
Z dwóch produktów zawsze korzystniejszy będzie ten, który jest mniej przetworzony, zawiera mniej dodatków, jest wyhodowany w naturze, bez środków ochrony roślin, bez nawozów sztucznych. Zawsze lepiej wybrać do zjedzenia to, co możemy przygotować sami, wg receptur naszych babć (jest wiele książek na ten temat). Problemem może być jedynie to, iż surowce z których mamy skorzystać też nie są najwyższej jakości. W wielu surowcach: ziarnach, warzywach, owocach nie ma dzisiaj (lub jest za mało) wielu mikroelementów, a szczególnie pierwiastków śladowych. Spowodowane to jest tym, iż ziemia wykorzystywana do upraw jest - od setek, nawet tysięcy lat - wyjaławiana, a sztuczne nawożenie nie dostarcza potrzebnych składników. Rozwiązaniem jest tu suplementacja, a szczególnie „dzika zdrowa żywność”, zawierająca to, co bardzo trudno (często niemożliwe) dzisiaj znaleźć gdziekolwiek indziej. Szerzej o tym w specjalnym artykule.
Co w takim razie należy zrobić, by zawsze dokonywać właściwych wyborów, by kupować właściwe, zdrowe produkty?
Jest to tak obszerna wiedza, iż trudno mi będzie przekazać ci to w kilku zdaniach. Dlatego proponuję kilka zasad, którymi w tej dziedzinie należy się kierować.
Wielu ludzi czytając ten tekst dojdzie do wniosku „W takim razie, co mam jeść, bo właściwie to, po odrzuceniu tego co niezdrowe, nic już nie pozostaje?”.
Jest wiele możliwości, tylko trzeba poszukiwać, wrócić do doświadczeń z przeszłości. Wybór jest nadal wielki. Potrzebny jest jednak pewien wysiłek, by móc tego wyboru dokonać, choćby kierując się powyższymi poradami. Zajrzyj też do literatury przedmiotu. Tej sprawie poświęcimy jeden z następnych felietonów.
Wiele osób powie: „Przygotowywanie samemu zdrowych potraw jest drogie i zajmuje zbyt dużo czasu”.
I mają rację. Tylko weź jedno pod uwagę: Kto ci powiedział, że zdrowy styl życia, zdrowe odżywianie, dbanie o aktywność fizyczną jest łatwe, tanie, przyjemne, bez bólu, nie wymaga wielkich zmian w twoim życiu, wyrzeczeń, kosztów, poszukiwań, poświęcenia czasu? Kto ci powiedział: „By żyć sto lat w zdrowiu nie trzeba nic robić”?
Twoi bliscy z okazji urodzin, życzą ci stu lat życia w zdrowiu. A ty? A czy ty w ogóle wierzysz w szczerość ich życzeń, nie robiąc nic by się spełniły? Na co liczysz, na cud?
Niektórzy powiedzą: „Nie mam czasu, by zaprzątać sobie głowy poszukiwaniem zdrowej żywności, przygotowywaniem zdrowych posiłków, bo muszę zarabiać na utrzymanie”. Wiesz co, tak naprawdę zarabiasz nie tylko na bieżące utrzymanie, zarabiasz też na swoją przyszłość.
Weź pod uwagę długoterminowe skutki zaniedbań, bo w przyszłości - być może - nie będziesz już mógł zarobić na swoje i rodziny utrzymanie, bo nie będziesz na tyle zdrowy, by to uczynić.
Kolejna rzecz, karmisz swoje dzieci takimi samymi, niezdrowymi produktami, jakie sam zjadasz, uczysz ich w ten sposób, co one mają jeść. Przerwij ten zaklęty krąg. Zaoszczędzisz sobie i im sporo kłopotów w przyszłości. Zyskasz też (na dłuższą metę) finansowo. Stracą niektórzy producenci, ale tym się nie przejmuj, być może dzięki tobie zmądrzeją.
W kilku następnych felietonach, dam ci kilka informacji, które pomogą ci ustalić przynajmniej co jest zdrowe dla ciebie, a co ci szkodzi.
Po to, by felietony o odżywianiu nie zamieniły się w regularną wojnę różnych poglądów na temat odżywiania, postaram się przedstawiać w nich przeciwstawne poglądy na niektóre rzeczy zawarte w literaturze, reklamach, badaniach „naukowych” i naukowych, oraz swój punkt widzenia wynikający z moich doświadczeń jako konsumenta. Do dyspozycji masz też bogatą literaturę przedmiotu (wykaz poniżej).
Oto tytuły kilku następnych odcinków o odżywianiu:
Piotr Kiewra
Fot. Masahiro Ihara
Wykaz literatury przedmiotu (pozycje szczególnie gorąco polecane oznaczono gwiazdką):




Ilość głosów: 8
Komentarze ( 11 ) :
Dodaj/Pokaż komentarzeKolejny, bardzo interesujący artykuł Piotra, ale czemu ma służyć polemika pana Michała? Tego nie wiem. Chyba to, nistety , dowodzi tego, jak bardzo teoretycy oddaleni są od rzeczywistości. Natura, prawdziwa naturalna żywność to jest to czego potrzebujemy, ale polemika dla samej polemiki...?
Panie Michale, jako botanik, może pan wykaże lepsze walory zdrowotne rośliny znanej pod nazwą tytoń, niż ma noni.
Pozdrawiam
Tomasz.
A więc jakie są te różnice, skoro nazwa oznacza tą samą roślinę? ;-) Nazwa naukowa Morinda to zlepek "Morus" (morwa) i "indica" (indyjska).
Odmian w obrębie tego gatunku jest zaledwie kilka (3?) i to różniących się głównie cechami liści, w tym jeden kultywar ozdobny pstrolistny.
Pozdrawiam Piotr Kiewra
Nazwa "morwa indyjska" jest polską nazwą popularną, tak samo jak "noni" - roślina ta nie rośnie w naszej części świata stąd brak naukowej nazwy polskiej. Z morwą (Morus) nie ma nic wspólnego.
Ad1) Z tego co wiem jest wiele różnic miedzy morwą indyjską a morinda citrifolia L z Polinezji Francuskiej, zwanej noni (jest 26 odmian). Ale nie będę się spierał, Panie Michale, moja wiedza w tej dziedzinie jest skromna.
Faktycznie w 1997 roku taki zarzut padł, ale po zbadaniu okazało się iż dotyczyło to produktu jednej z tych kilku tysięcy firm powstałych na bazie popularności producenta od którego się wszystko zaczęło. W 2003 roku Komisja Zdrowia i Ochrony Konsumentów Unii Europejskiej wydała po kilku latach badań akt dopuszczający napój z noni (jako nową, dziką żywność) do obrotu na rynkach europejskich. Główną sprawą, przedmiotem badań było bezpieczeństwo stosowania, wpływ na genotyp. Badany był TNI Juice i pozytywna opinia dotyczyła tylko tego soku i soków powstałych na bazie tego soku (ale wiadomo, że pozostałe firmy nie robią tego na tej bazie). Napoje bioaktywne z noni (TNI) nie zawierają konserwantów, ani żadnych innych dodatków poza koncentratami innych soków owocowych (borówka amerykańska, specjalna odmiana winogron, czarna porzeczka, mango, jabłko). Nie zawierają również cukru. Jeżeli w wyniku badań stwierdza się że noni nie szkodzi, nie szkodzą również powszechne w użyciu soki owocowe dodane do noni, to oznaczałoby iż szkodzą inne dodatki, które znalazły się w produktach innych firm. Mój apel do stosujących noni jest taki by używać produktów sprawdzonej, mającej za sobą badania kliniczne i pozytywne opinie ważnych organów, takich choćby jak wspomniana powyżej Komisja. Napoje bioaktywne z noni wiodącej na rynku marki (Dzisiaj mimo tak olbrzymiej ilości producentów, dostępności noni w sieciach aptek i sklepów zielarskich, TNI sprzedaje około 95% światowego obrotu w prawie dziewięćdziesięciu krajach) nie zawierają przeciwwskazań takich jak: nie podawać małym dzieciom, kobietom w ciąży, nie przekraczać dozwolonej dawki. Takie przeciwwskazania w zasadzie eliminują produkt jako bezpieczny i to wśród firm których produkty posiadają takie przeciwwskazania należałoby szukać winnych oskarżeń o skutki uboczne, np. uszkodzenia wątroby).
Ad2) Od roku 1996 kiedy Tahitian Noni International uruchomiła produkcję i sprzedaż napojów bioaktywnych z owoców noni powstało ponad trzy tysiące firm które rozpoczęły produkcję i sprzedaż preparatów, soków z noni. Tahitian Noni International opatentowała (ponad 180 patentów) cały proces produkcyjny, wiele produktów, cały system kontroli jakości, sposób zabezpieczenia mikrobiologicznego (choć noni samo w sobie ma właściwości bakterio i wirusobójcze, na wiele odmian bakterii i wirusów.), podjęła większość badań, wszystkie badania kliniczne zakończone i opublikowane oraz spora ilość będących w toku.
Pierwszym celem, m.in. pod wpływem zarzutów o których mówiliśmy wcześniej było stworzenie dokumentacji zajmującej się problemem bezpieczeństwa, stąd ich pokaźna ilość. By produkt został dopuszczony do obrotu musiał przejść takie badania, ale jest całkiem pokaźna ilość innych badań, wiele artykułów w periodykach medycznych i naukowych, bardzo znanych pismach.
Bardzo ciekawą postacią w badaniach nad noni jest toksykolog, profesor Johannes Westendorf, człowiek, który w momencie gdy noni zaczęło robić oszałamiającą karierę na całym świecie, zaangażował się w badania nad noni by udowodnić iż noni nie działa. Jednak już wkrótce zdał sobie sprawę z tego co znalazło się w jego rękach. Dzisiaj jest mocno zaangażowany w badania nad noni, by poprzez swoją pracę pokazać jak i dlaczego noni działa.
Ad3) Jeśli ktoś pił obrzydliwe smakowo noni tzn. że wybrał którąś z firm kopiujących TNI, bowiem wszystkie odmiany smakowe napojów bioaktywnych Tahitian Noni są dobre, smaczne, oprócz jednego zawierającego czystą pulpę z noni, noni pure + wyciąg z herbaty z liści noni. Ta odmiana nie jest zbyt smaczna ale i tak jest o niebo lepsza od wielu soków innych firm (ale tej akurat nikt w Polsce nie mógł pić, dlatego iż wchodzi na nasz rynek dopiero w czerwcu, ja już sprawdzałem). Jeśli chodzi o obrzydliwość smaku i zapachu soków poza tymi z TNI, pewnie sprawiają to konserwanty, zagęstniki, produkcja ze sproszkowanego i wysuszonego owocu i pewnie wiele innych przyczyn. Kto pił napój bioaktywny TNI wie iż są to napoje bardzo smaczne, dzięki dodatkom innych owoców.
Noni jest bardzo silnym antyoksydantem (liście noni są najbogatszym poznanym dotąd źródłem antyoksydantów), o wiele silniejszym od cytryny (cytryna poza tym zawiera niewiele więcej innych wartości) podczas gdy noni zawiera irydoidy i to w ilości niespotykanej w żadnej innej roślinie na ziemi. To właśnie irydoidy są największą wartością noni i tajemnicą jego działania. To one sprawiają iż noni jest adaptogenem. Irydoidy mają ponadto ciekawą i praktyczną właściwość, są bardzo stabilne, czyli nie ulegają degradacji w wyniku działania temperatury (np. pasteryzacji), promieni słonecznych, nie zmienia się ich poziom nawet w długim okresie czasu (badano ich zawartość w butelkach 7 lat po upływie gwarancji i nadal były obecne w tej samej ilości jak w świeżym napoju) . Ta właściwość bardzo je odróżnia od flawonoidów i karetenoidów, które po upływie kilku miesięcy nie występują już w przerobionych owocach. Ta właściwość powoduje, że noni działa mimo przeróbki, przechowywania, i innych czynników, podczas gdy soki owocowe bazujące na dostarczaniu ludziom składników odżywczych tracą swe właściwości już w czasie produkcji lub tuż po. Warto więc spożywać świeże owoce i warzywa, na przerobione soki szkoda pieniędzy, z noni sytuacja ma się zupełnie inaczej, dzięki irydoidom.
Badania kliniczne na nałogowych palaczach mają sens z tego powodu iż pokazują adaptogenne działanie noni. W przypadku leków to działanie jest inne. Lek działa na schorzenie ale zażywany przez zdrowych szkodzi, natomiast noni w tym przypadku u palaczy wywołuje określone zmiany np. obniża znacznie poziom cholesterolu do właściwego poziomu, nie wywołując tej zmiany u ludzi u których poziom cholesterolu jest w normie. Taki był cel tego badania, by w jednym doświadczeniu udowodnić kilka tez: adaptogenne działanie składników noni.
Jeśli chodzi o nowotwory to obniżenie ryzyka wynika z wielu innych, dużo ważniejszych przyczyn, ale to temat rzeka i nie na te łamy. Polecam książki (w Polsce dostępnych kilka, choć bardziej popularnonaukowych, niż naukowych. Najlepiej skorzystać z angielskojęzycznych opracowań naukowych lub czasopism (dysponuję wykazem).
Kolejne badania będą trwały długie lata ponieważ zakres działań noni jest tak szeroki iż trudno to sobie wyobrazić. W tradycji polinezyjskiej przyjęło się 58 zastosowań noni, ale wiemy iż nie występowało tam wiele schorzeń charakterystycznych dla zachodniej cywilizacji, np. chorób układu krążenia, cukrzycy, chorób degeneracyjnych, alergii, czyli schorzeń wynikających w dużej części z braków żywieniowych (uboga w minerały i pierwiastki śladowe żywność). Więc to pole w naszej sytuacji wydaje się dużo większe. Ta rubryka jednak zupełnie nie nadaje się na tak szerokie wypowiedzi. Chętnie prześlę materiały mailem, udostępnię książki lub prezentacje ze szczegółami.
Jeśli chodzi o ilość rodzajów środków leczniczych wprowadzanych do organizmu to się zgadzam w całej pełni. I dlatego proponuję noni. Gdyż dzięki temu iż te 150 nutraceutyków znajduje się w jednym owocu występuje tu działanie synergiczne, bezpieczne, zespolone, wzajemnie się uzupełniających, inteligentne działanie wszystkich składników, czyli wspomniane powyżej ograniczenie nie powinno noni dotyczyć.
I jeszcze jedna uwaga noni nie jest lekiem. Jest napojem bioaktywnym.
Piotr Kiewra
Po wstępnym przejrzeniu abstraktów w PubMedzie z ostatnich 3 lat (śledziłem badania nt. tej rośliny do 2007 roku, a więc mam 3 letnią przerwę) narzucają mi się takie refleksje:
1) ostatnie badania wydają na szczęście zaprzeczać wcześniejszym doniesieniom o ubocznym działaniu toksycznym soku z morwy indyjskiej na wątrobę (np. wskazują na pewną niezborność metodyki badań Milloniga).
2) wiele badań dotyczyło jedynie dopuszczenia tej mieszaniny do spożycia, jej braku toksyczności etc.
3) część badań wykazuje pozytywny wpływ na kilka rzeczy: działanie antyoksydacyjne (ale czy nie taniej i o niebo smaczniej wypić sok z cytryny -- noni jest OBRZYDLIWE, kto pił ten wie...), poziom HDL we krwi, ciśnienie, nawet obniża ryzyko nowotworowe (zapewne poprzez działanie antyoksydacyjne jw.) itp. ale w dużej części badania były robione na nałogowych palaczach, czyli na ludziach chorych i uzależnionych.
Żeby nie robić za dużego "zboczenia" z tematu pańskiego felietonu pozwoli pan, że wrócimy do tego przy którymś z pańskich następnych, kiedy temat suplementacji będzie wyraźniej poruszony. Nota bene: jedna z medycznych reguł mówi, że należy raczej /ograniczać/ ilość rodzajów wprowadzanych do organizmu środków leczniczych, suplementów to też dotyczy. Pozdrawiam serdecznie,
Witam!
Bardzo się cieszę z każdego głosu czytelników Rzepin.net. Te komentarze również wiele wnoszą do mojego rozumienia zdrowego stylu życia i pokazują co powinienem powiedzieć, a szczególnie zrobić w przyszłości.
Rozpoczynając pisanie cyklu felietonów poświęconych odżywianiu spodziewałem się wielu komentarzy i to często krytycznych. I tak będzie. Następne felietony będą zdecydowanie bardziej kontrowersyjne.
To co tu piszę to rzeczy o których przeczytałem, zaobserwowałem, dowiedziałem się z różnych źródeł, część to moje własne przemyślenia, doświadczenia. Większość propozycji testuję na sobie, niektóre od wielu lat, niektóre od niedawna. W przeszłości częściej ulegałem opiniom z mediów, reklam, dzisiaj bardziej zawierzam własnej intuicji, doświadczeniu i to jest kierunek, który proponuję czytelnikom. Dlatego trochę „jadę” po lobby i mediach, bo to co chwalą rzadko się u mnie sprawdza i nie tylko u mnie.
Zdrowy styl życia, który proponuję na łamach Rzepin.net (i nie tylko na tych łamach, ma to znacznie szerszy wymiar, również poza Polską) jest właśnie alternatywą dla pseudonaukowych przekonań, ale również dla przekonań tradycyjnych, a prawda często leży pośrodku. O czym mówię? Przykłady. Ten pierwszy rodzaj przekonań to: na wszystko są jakieś tabletki, a drugi: nic się tu nie da zrobić, tak miało być, itp. A okazuje się, że można się obejść bez tabletek i że można wiele zmienić, tylko trzeba wiedzieć, że można i przede wszystkim trzeba chcieć. I tę trzecią drogę proponuję, myślę, że coraz bardziej skuteczną drogę - świadczy o tym postęp branży wellness (zdrowego stylu życia) na świecie. Suplementacja jest jednym z przejawów tej trzeciej drogi. A to że suplementacja jest atakowana i wyśmiewana to też zupełnie naturalne zjawisko, no wiesz ... pieniądze (czytaj pieniądze koncernów farmaceutycznych).
W Internecie znajdziemy wiele różnych opinii na różne tematy, w temacie suplementacji, w temacie noni, w temacie odżywiania. Spora część z nich to opinie negatywne, np. o roślinach leczniczych. Wygłaszają je lekarze, naukowcy. Nie wierzą oni w moc naturalnych produktów, nie wierzą w medycynę alternatywną, nie wierzą w siłę natury. Ale .... No właśnie, przepisują leki, wśród, których 70% składników to składniki pochodzące właśnie z natury, z roślin leczniczych, ziół, minerałów.
Prawdą jest, że za każdym produktem stoi jakaś grupa ludzi, która chce go sprzedać, choć niekoniecznie każda z tych grup stanowi lobby. Dla zrozumienia co to jest lobby, podaję definicję: Lobby (ang. przedsionek, kuluary) - pozaparlamentarna grupa, wywierająca polityczne naciski na przedstawicieli partii lub ugrupowań w parlamencie, celem uzyskania określonych korzyści - np. decyzji, uregulowań itp. Nie wszyscy producenci żywności lobbują, czy to w krajowych rządach lub parlamentach, czy też w unijnych. Są też tacy producenci, którzy nie tylko, że nie lobbują, ale nawet nie reklamują swoich produktów, przynajmniej nie w takim sensie jak to czyni większość. Ci producenci swój sukces w sprzedaży opierają nie na agresywnej reklamie i manipulacji, pseudonauce, ale przede wszystkim na opiniach użytkowników i wbrew temu co mówi autor jednego z komentarzy, na solidnych podstawach, z tymi naukowymi i badaniami klinicznymi włącznie. Na dowód tego załączam linki do publikacji naukowych, dotyczących morindy citrifolii L, zwanej noni.
www.gononi.com./united_states/english/link/updates/full?id=316871
www.ncbi.nlm.nih.gov/sites/entrez
( w okienko: szukaj wpisz: morinda citrifolia)
www.noniresearch.org/united_states/english/research/new_research.html
W temacie odżywiania jest zdecydowanie za dużo nauki. To nadmiar wiedzy naukowej, kolorowe opakowania, reklamy wprowadzają zamęt w umysłach ludzi. Co z tego wynika? Otóż winą za wiele chorób obarcza się dzisiaj zanieczyszczenia, toksyny zawarte w środowisku, w żywności, podczas, gdy tak naprawdę ich przyczyną jest żywność uboga w niezbędne składniki.
Co do celowości suplementowania nie potrzeba wcale wiedzy naukowej, wystarczy sprawdzić na sobie, wystarczy zaobserwować reakcje organizmu, oczywiście efektów nie zobaczymy od razu. Zresztą ... cierpliwości. O tym właśnie powiem znacznie szerzej w kilku następnych felietonach.
Pozdrawiam: Piotr Kiewra
Panie Piotrze: z przyjemnością przeczytałem kolejny pański tekst, szczególnie przemawia do mnie pkt. 4.
Komentarze są moderowane (przeczytaj regulamin), zostaną dodane po zatwierdzeniu.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze użytkowników. Adresy IP są logowane.