Zatrute ujęcia wody. Paraliż komunikacyjny na kolei. Brak sygnalizacji świetlnej we Wrocławiu i Warszawie. Na domiar złego milkną telefony komórkowe, a systemy bankowe przegrywają z hakerami. Fikcja? "Tak, ale to nie znaczy, że w każdej chwili nie może stać się rzeczywistością" - przekonuje Krzysztof Koziołek, autor kryminałów.
Zielonogórzanin z urodzenia, nowosolanin z zamieszkania. Krzysztof Koziołek zadebiutował w 2007 roku "Drogą bez powrotu". W 2011 roku otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką dla najbardziej obiecującego lubuskiego pisarza. We wrześniu w księgarniach pojawiła się jego najnowsza książka "Premier musi zginąć". Przed tygodniem w Miejskiej Bibliotece Publicznej spotkał się z czytelnikami. Nam opowiedział m.in. o tym, dlaczego "Premierem" powinny zainteresować się służby specjalne.
- Jak dziennikarz został pisarzem?
- Mam bardzo dobrą pamięć, ale bardzo krótką i nie do końca już pamiętam. Podejrzewam, że jako dziennikarz prasowy nie miałem innego wyjścia jak dużo pracować wyobraźnią i być kreatywnym. Na pewno nie bez znaczenia jest też to, że kiedyś czytałem dużo książek. Pomyślałem sobie: "co by było gdyby w pewnej kamienicy przy ulicy Szkolnej w Nowej Soli zamordowano młodą kobietę". Tak zaczęła się moja przygoda z pisaniem.
- To jak już zamordowano tę młodą kobietę, to nowosolanie stwierdzili, że?
- Pierwsza książka cieszyła się w Nowej Soli bardzo dużą popularnością. Z tego co wiem, to pierwszy kryminał, którego akcja była osadzona w tym mieście. W związku z tym wokół książki był duży szum medialny. W przypadku kolejnych, zasięg oddziaływania zaczął się zwiększać, a Andrzej Sokół - czyli bohater pierwszej książki - przeniósł się z Nowej Soli do Zielonej Góry, później odwiedzał też Wrocław. Ale nie przenoszę akcji do miast tylko po to, żeby je "zaliczyć". Jeśli mi to pasuje akcyjnie, to właśnie taki manewr stosuję.
- Wątek lubuskich miejscowości jaki jest obecny w Pana książkach, to marketing czy lokalny patriotyzm?
- Nie udowodnię, że nie jestem wielbłądem. Ale zapewniam i obiecuję, że jest to tylko i wyłącznie patriotyzm lokalny. Po "Mieczu zdrady" widzę, że to ma sens. Mieszkańcy miejscowości, w których toczy się powieść często nie wiedzieli o zawiłościach historycznych, ciekawostkach, i o przechowywanych kiedyś skarbach, których do dzisiaj nie odnaleziono. To się sprawdza. Natomiast skala oddziaływania książek jest mniejsza niż w miastach "rdzennej Polski". Okazuje się, że na Ziemiach Zachodnich tożsamość lokalna jest dużo mniejsza, właściwie dopiero się rodząca.
- Czy powieści kryminalne mogą stać się w przyszłości czymś na miarę lubuskiego produktu regionalnego?
- To pytanie trzeba by zadać specjalistom od marketingu. To zabrzmi paradoksalnie, ale sprawę utrudnia fakt, że w lubuskim jest mało pisarzy kryminałów. W innych miastach Marek Krajewski, Marcin Wroński czy Mariusz Czubaj znajdowali naśladowców i rozbudzali modę na kryminał. Zdaję sobie sprawę, że Lubuszanie nie będą czytać tylko i wyłącznie Koziołka, bo to się w pewnym momencie znudzi. Siła w mnogości autorów. Tutaj niestety pokutuje to, co nazywam "syndromem literackiej prowincji".
- Czyli?
- Nie chodzi nawet o kwestię mentalności, bo można mieszkać w Warszawie i mieć poczucie mieszkania na prowincji. Mam bardziej na myśli odległość. Życie kulturalne toczy się w dużych miastach. W naszym regionie jest kilku autorów, którzy uprawiają ten gatunek. Jednak jako region jesteśmy bardzo słabi. Nie pomaga nam to, że jest nas tak mało. Często Lubuszanie nie potrafią docenić osób, które tu działają. Dopiero gdy ktoś stąd wyjedzie i zrobi karierę, to nagle przypominamy sobie o nim i paradoksalnie uznajemy go za Lubuszanina w momencie, kiedy on tym Lubuszaninem już nie jest.
- O czym jest powieść "Premier musi zginąć"?
- Już po napisaniu "Premiera" dowiedziałem się, że to thriller. Zaczyna się od tego, że ktoś zatruwa wodociągi w miastach zachodniej Polski. Potem paraliżuje pociągi w całym kraju. Pada Internet i komunikacja. Padają sieci komórkowe i rozliczenia bankowe. Polska staje na skraju wojny domowej. Za tym wszystkim stoi ekstremistyczne, prawicowe ugrupowanie "Gniew Boży". Kiedy już książka była prawie gotowa do druku z przerażeniem patrzyłem na to, co się wydarzyło w Norwegii. Mechanizmy tamtych wydarzeń okazały się w jakimś sensie podobne do tych, które niestety lub stety, udało mi się wymyślić.
- Czy po wydaniu "Premiera" kontaktowały się z Panem służby specjalne?
- Nie. Może zabrzmi to śmiesznie, choć takie do końca nie jest. Gdy w portalach internetowych ukazała się informacja o premierze książki, to od razu pojawiły się głosy internautów, że: "z takim tytułem to ABW o szóstej rano". Myślę, że służby specjalne powinny się tą książką zainteresować nawet przed drukiem lub w jego trakcie. Tylko po to, aby dowiedzieć się co w niej jest. Czy aby nie mamy do czynienia z manifestem politycznym, czy nawoływaniem do nienawiści. Ja wiem, że nie. Ale służby specjalne w mojej głowie nie siedziały.
- Skąd czerpie Pan pomysły?
- Najczęściej z życia. Jestem typem obserwatora, który zapamiętuje pewne informacje. "Premier" zaczął powstawać kiedy wracałem z górskiej wędrówki po Karkonoszach. Przechodziłem obok ujęcia wody dla Szklarskiej Poręby i pomyślałem sobie: "A co by było, gdyby ktoś tam coś wrzucił". Mogę zdradzić, że jedną z kolejnych książek - opowiadającą historię byłego policjanta ze Słubic, o roboczym tytule "Instrukcja 0039" - napisało samo życie. To będzie kryminał bardzo mocno oparty na autentycznych wydarzeniach.
- Autor, wydawca, specjalista od PR-u. Jest Pan człowiekiem-orkiestrą?
- To kwestia konieczności. W tej chwili jestem wydawcą swoich własnych powieści. Zajmuję się marketingiem, dystrybucją i kontaktami z mediami. To ciężka praca. Ale z tego co wiem, moje książki podobają się czytelnikom i to daje motywację, żeby się tym zajmować. Chociaż nie ukrywam, że nie chciałbym całe życie pracować na pięciu etatach.
- Po co zostaje się pisarzem w kraju, w którym po książkę sięga niecałe 40% populacji?
- Można by powiedzieć, że chyba dlatego, że jest się krańcowo naiwnym. Napisałem pierwszą powieść. Potem drugą, trzecią i czwartą. Teraz, z tego co słyszałem, jestem jedynym zawodowym pisarzem w województwie lubuskim. Czyli takim, który utrzymuje się z tego co robi. Chciałbym to kontynuować. A jeśli chcę, to muszę się przebić na szerszy rynek. Nie mam innego wyjścia. Dlatego na pracę poświęcam kilkanaście godzin dziennie i mam nadzieję, że mi tych sił jeszcze wystarczy.
Nie zajmowałbym się pisaniem, gdyby moje książki nie podobałyby się czytelnikom. Daje mi to satysfakcję. A kiedy to, co się lubi daje też pieniądze, to układ jest idealny.
- "Młody, perspektywiczny, obiecujący" - tak piszą o Panu krytycy literaccy. Jakby chciał Pan, żeby pisali za kilka lat?
- Na pewno, że dalej młody! [śmiech]. A na poważnie, odpowiem przewrotnie: nieważne jak o tobie piszą, ważne żeby nie przekręcali nazwiska. Chciałbym, żeby czytelnicy nigdy moimi książkami się nie męczyli i za każdym razem dali się porywać akcji.
- Dziękuję za rozmowę.
Więcej informacji o twórczości Krzysztofa Koziołka można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej autora: www.krzysztofkoziolek.pl. Jego książki można znaleźć w zbiorach rzepińskiej biblioteki.
Fot. Materiały prywatne autora
Krzysztof Koziołek w rzepińskiej bibliotece
Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Rzepinie
Kliknij w miniaturkę, aby powiększyć obrazek. Kliknij na powiększeniu, aby je zamknąć.




Ilość głosów: 6
Komentarze ( 0 ) :
Dodaj/Pokaż komentarzeKomentarze są moderowane (przeczytaj regulamin), zostaną dodane po zatwierdzeniu.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze użytkowników. Adresy IP są logowane.